MSP-BLOG

Kochasz? To płać

Choć nie zajmowałem się statystyką kryminalną, ale łapaniem ludzi. To wiem, że istnieje grupa przestępstw, które szczególnie często dotykają osób zamożnych. Jedną z nich są porwania dla okupu. Kodeksowo określane uprowadzeniami, a w gwarze przestępczej „zawijką”.

To dla policjanta niewdzięczny rodzaj przestępstwa. Duże ryzyko, gigantyczna presja otoczenia i mętny widok na sukces.

Choć bywa coś jeszcze trudniejszego, a i obrzydliwszego – pozorowanie porwania. Kiedy to właśnie osoba kochana, wykorzystując rozpacz i desperację najbliższych, usiłuje wycisnąć z nich tyle pieniędzy, ile się uda.

On – wdowiec, jubiler, dobrze po sześćdziesiątce. Właściciel podwarszawskiej firmy produkującej galanterię zdobniczą na włoskiej licencji. Ona dwudziestoletnia studentka italianistyki o wdzięcznym przydomku: „lalka”. Banał?… Nie, bowiem „lalka” zostaje porwana.

Za odzyskanie „lalki” porywacz żąda telefonicznie od jubilera czterech milionów złotych. Inaczej ją zabije. Na dowód, pod drzwi willi starszego pana, podrzuca spory kosmyk blond włosów. Jubiler wpada w panikę. „Uruchamia” znajomego posła. Poseł zaś prokuratora. I już po kilku godzinach, dysponujemy grupą antyterrorystyczną i oddechem prokuratury okręgowej na plecach.

Sprawdzamy „na cito” włosy. Zgadza się, są niezawodnie z główki „lalki”. – Dobry gatunek farby – opowie później biegły biochemik.

W tym czasie porywacz telefonuje kilkakrotnie. Zwiększa okup do sześciu milionów. I skraca czas na wpłatę do dwunastu godzin. Inaczej zabije. Nie siebie „lalkę” – oczywiście.

Porywacz na miejsce przekazania okupu wyznacza głaz w sporym kompleksie leśnym. A godzinę pozostawienia tam pieniędzy na piątą rano. Na polecenie prokuratora, który popisuje się przed kolegą posłem, robimy coś najgłupszego – zasadzkę w lesie przy użyciu helikoptera.

Trzeba było widzieć, jak skoro świt, zwierzyna spieprzała z lasu. A helikopter krążył i krążył, wypatrując kogoś, kto weźmie okup. W oddalonej o dwa kilometry wsi we wszystkich oknach zapaliły się światła. Nieźle się bawiliśmy. Nasi panowie: pan poseł, pan prokurator też. Zrozpaczony jubiler z wdzięczności za nieudaną akcję odzyskania „lalki”, wyprawił bankiet w ekskluzywnej warszawskiej knajpie. Panowie przy najdroższych drinkach, układali plany wojny o „lakę”. Tyle, że ta „wojna” już była wygrana.

W pierwszych godzinach ustaliliśmy miejsca, z których telefonował porywacz. Mało tego. Umówmy się, że „przypadkowy przechodzień” zrobił zdjęcie „lalce” siedzącej w towarzystwie młodego mężczyzny w jednym z nadwiślańskich ogródków piwnych. Dodatkowo, za pośrednictwem „życzliwej osoby” nawiązaliśmy kontakt z „porywaczem” i postawiliśmy nasze warunki: – „Lalka” ma się znaleźć następnego dnia. A my zapominamy o próbie zmuszenia starszego pana do straty kilku milionów. – Zgodził się bez oporu. „Miki” – taki bowiem miał pseudonim, znał kodeks karny. Siedział już za kradzieże samochodów. Wiedział, że co prawda nie znamy miejsca ukrycia „lalki”, ale dużo wiemy o jego udziale w całej mistyfikacji. Wolał więc przeboleć te miliony i uczucie do „lalki”. Znali się przecież zaledwie kilka miesięcy, zakochali się, planowali rozpocząć wspólne życie za pieniądze jubilera.

Następnego dnia rano, dyżurny podwarszawskiego komisariatu powiadania nas, iż zgłosiła się kobieta, twierdzi, że została porwana, więziona, a teraz wyrzucona z samochodu. Była to – „lalka”.

Zawiadomiliśmy starszego pana. Przyjechał do komendy błyskawicznie. Dowieźliśmy też „lalkę”. Zadbana, uczesana, pachnąca, z nakrapianymi brokatem paznokciami, opowiada zapłakanemu jubilerowi o swoim uwięzieniu. Jak to była przez cztery dni skuta kajdankami, w zimnej piwnicy, bez wody, jedzenia, toalety. Płakał. I nic nie widział. Może rzeczywiście miłość jest ślepa.

Co prawda, kusiło nas, by otworzyć mu oczy, ale prokurator zabronił. Jedyne co się udało, to szczera rozmowa z „lalką”. Powiedzieliśmy, że znamy prawdę, pokazaliśmy zdjęcie. „Lalka”, szczera do bólu, usiłowała się tłumaczyć: „panowie, zrozumcie, on jest taki stary, już nic nie może…” Zrozumieliśmy. Biedna „lalka”.

Tylko do tej pory nie wiemy, czy prokurator, który o wszystkim wiedział, nie uspokoił jubilera tyko po to, by wypić darmowe drinki i zdobyć uznanie posła na wielce skomplikowaną, szczęśliwie zakończoną sprawę?

 T. N.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>