MSP-BLOG

Piąty do brydża – cz.2

ID-10045667Od razu piekło – pomyślałem – a, gdzie czyściec? I faktycznie nie przyjechał, za to oficjalnie przesłał sekwencję DNA córki ich poszukiwanego, który miał być naszym poćwiartowanym.

I cholera był. Bezapelacyjnie był ojcem dziewczynki, której kod DNA dosłał Gdańsk.

A teraz siedzimy po dwóch stronach służbowego biurka. Ja rozradowany, że wreszcie wiem, kogo pocięto. A gdański naczelnik smutny, jak siedem grzechów głównych. Z tego smutku to, aż zaczerpnął serdeczny łyk z prywatnej flaszki. Wokół unosiła się znajoma woń wódy i poplątana naczelnikowska relacja. A w zasadzie spowiedź z grzechu zaniechania. Bidulek nie dał wiary złym przeczuciom matki naszego poćwiartowanego. A powinien, bowiem owa matka to trójmiejska profesor medycyny, ze sporymi znajomościami. I natychmiast po zaginięciu syna udała się do prezydenta miasta, by ten pogonił policję do szukania syna. A naczelnik uparł się, że syn wcale nie zaginął, lecz uciekł do kochanki. I tej wersji nieszczęśnik trzymał się do końca.

A historia wyglądała tak: Nasz denat, powiedzmy: Janusz L., pracował w firmie montującej okna w prywatnych domach. Firma nowoczesna, dynamiczna, operowała praktycznie na terenie całego kraju. Pan Janusz L. w firmie zajmował się pozyskiwaniem klientów chcących wymieniać okna. Jego służbowym obszarem działania było Mazowsze, a w szczególności Warszawa. Oprócz zasadniczego uposażenia dostawał prowizje od ilości pozyskanych klientów. I podobno szło mu całkiem nieźle. Inteligentny, wygadany, przekonywujący i przystojny. Ponoć szczególnie łatwo szło mu z paniami domów, które jeszcze wahały się, czy wymieniać stare okna na nowe, super nowoczesne.

Od czterech miesięcy Janusz L. pracował praktycznie tylko w Warszawie. Wynajmował tu, na koszt firmy, małą, tanią kawalerkę. Zaś zawsze w sobotę przed świtem wyjeżdżał pociągiem do Gdańska. I do poniedziałkowego poranka cieszył się rodziną.

Rodzina, a szczególnie jego żona Marta, od pewnego czasu cieszyła się trochę mniej. Podejrzewała, że Janusz ma w Warszawie kochankę. Piorąc mu koszule zauważyła na nich damskie blond włosy. W telefonie bez liku damskich imion. Janusz tłumaczył, że to klientki. I, że powinna się cieszyć, bo jeżeli dużo ich to i więcej pieniędzy dla rodziny. A było na kogo wydawać. Dwie dorastające córki z coraz większymi apetytami na kasę. Marta jednak idąc za radą jednej z koleżanek, przygotowując rutynowy, sobotni opierunek mężowskiej bielizny, oglądała dokładnie jego majtki. I była prawie pewna, że są na nich zaschłe ślady spermy. Zwierzyła się teściowej, a ta profesor medycyny w końcu, uspakajała, że to normalny objaw u dojrzałego mężczyzny. Taki samoistny, bezwiedny, wyrzut nasienia.

Niepokój i podejrzenia jednak pozostały. Szczególnie, gdy jakieś dwa miesiące temu Janusz zatelefonował w piątkowy wieczór mówiąc, że tym razem nie może przyjechać, bo ma w sobotę umówionych poważnych klientów. I, że w inny dzień tygodnia oni nie mają czasu. A to duże zlecenie będzie. Gdy mąż kończył rozmowę, Marta odniosła wrażenie, że w tle słyszy kobiecy chichot.

Aż w końcu nie zatelefonował i nie przyjechał. Wystukiwała jego numer wielokrotnie. Bez skutku. Telefonowała też do dwóch kolegów męża mieszkających w Gdańsku, a z którymi wspólnie pracował w Warszawie. Nie wiedzieli dlaczego Janusza nie ma w domu.

We trzech cały roboczy tydzień biegali po Warszawie, szukając zleceń dla firmy. I często w piątek późnym popołudniem zmęczeni siadali do ukochanego brydża. Siadali, jeżeli oczywiście znaleźli wygodniejsze lokum i czwartego, ale zwykle ktoś się nawinął.

W ten piątek, ostatni przed zaginięciem Janusza, czwartym był warszawiak. Facet z konkurencyjnej firmy. Zaprosił całą „gdańską” trójkę do swojego żoliborskiego mieszkania. Grali do dwudziestej, wypili po szklance winiaku i wyszli, dziękując gospodarzowi za gościnność. Spieszyli się. Mieszkali w różnych kawalerkach, wynajętych przez firmę. Choć wszystkie były w podobnych blokowiskach po praskiej stronie Wisły, trzeba więc było jeszcze dojechać. Trochę pospać, by przed świtem pojechać na dworzec.

Umówili się na następny dzień w charakterystycznym miejscu peronu kolejowego. Jednak Janusz niespodziewanie powiedział, że jeszcze chwilę zostanie, bo ma w pobliżu upierdliwą usługę. I może teraz w piątkowy wieczór dogadają się, zwłaszcza, że też gra w brydża. Wyjął z teczki kartkę z adresami klientów mówiąc – spokojnie dojdę na piechotę. I po godzinie wrócę na Pragę. Rozstali się więc. Od tego momentu już Janusza nie widzieli. Nie zgłosił się też do firmy.

I nikt go nie widział, jak w znoju, ustaliła gdańska policja. Matka Janusza była przeświadczona, że syna porwano. Żona zaś, że uciekł do kochanki o blond włosach. I tą wersję, jako wygodniejszą zaczął drążyć mój, dobrze już wlany, rozmówca.

– No bo słuchaj – tłumaczył, lekko popluwając – wszystko pasowało. No, dobra – prawie wszystko. Bo, te dwie dupy wafle Janusza, na przesłuchaniu za cholerę nie potwierdzali, że miał babę.

 – A nie myślałeś – pytałem – o chłopskiej solidarności.

– Oczywiście – tyle, że w czasie przeszukania Januszowej kawalerki nic nie znaleźliśmy. No, po prostu chłop anioł . W laptopie nic tylko druki umów, adresy klientów, szkice okien. Choć wszystkiego jeszcze nie trzepaliśmy. Sąsiedzi też gówno dali. Żadnej baby nie widzieli. No mówię ci – apostoł jakiś.

-Oni mieli baby.

– Żartujesz. No widzisz, a ten nie. Bilingi jego komórki jeszcze analizujemy, ale na ten moment nie ma powtarzających się wieczorowo-nocnych kontaktów z babskim telefonem. Już myślałem, że moja ukochana wersja pierdyknie, ale ponownie przesłuchane te dwa fąfle zeznały, że nie są pewni, czy Janusz nie miał drugiego telefonu. I do tego momentu opierdzielu od komendanta nie dostałem. Bo, jak co to ja sru, melduje: pan Janusz L. miał drugi, nieustalony telefon. I jest u narzeczonej, a znajdzie się przed rozwodem. Tyle, że wy z tymi nogami odciętymi luzem. I dupa. Teraz mnie zaduszą, że zmarnowałem czas. Zaduszą!

Po dramatycznym okrzyku słyszalnym chyba w sąsiednich pokojach, naczelnik wybałuszył oczy, jak przystoi duszonemu i… usnął.

Widać z nerw.

Dobra, bez wygłupów. Niech śpi – pomyślałem – wychodzimy na prostą. Mamy imię i nazwisko pociętego. Data piątkowego brydża pokrywa się mniej więcej z datą zgonu obliczoną przez patologów. Mamy wydrukowanych z laptopa denata żoliborskich klientów. Łącznie siedem adresów. Z tego do czterech można stosunkowo szybko dojść z okolicy domu, gdzie grali w brydża. No i mamy ten farbowany blond włos. Dobra – pomyślałem, telefonuję do biegłego.

– Doktorze, czy kobieta może bez pomocy tak poćwiartować zwłoki, jak te nasze z lasu?

Cisza.

– Wiesz, co – słyszę w końcu – nie może. Chyba, ze to moja żona.

– Dobra, dziękuję, ale mam jeszcze pytanie. Czy baby grają w brydża?

Wiesz, co – grają. Chyba, że to moja teściowa.

cdn.

T. N.

część druga: www.msp-blog.pl/piaty-do-brydza-cz-3

część pierwsza: www.msp-blog.pl/piaty-do-brydza

zdjęcie: freedigitalphotos.net

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>