MSP-BLOG

Piąty do brydża – cz.4

ID-10058533Chociaż nie do końca. Krótko przed tym, jak oboje państwo uplasowali się w sprawie na honorowych miejscach zaczęliśmy ich, niejako z przeczucia, głębiej sprawdzać. Oczywiście były to analizy połączeń telefonicznych, szczególnie z przybliżonego okresu zabójstwa. Lokalizacja telefonów. Za warunkową zgodą sadu, wybiórczo podsłuchujemy prowadzone rozmowy, chcąc wyłapać ich reakcje związane z naszymi poczynaniami. Chodzimy i jeździmy za nimi. Co w języku policji nazywa się obserwacją, a powszechnie śledzeniem.

Wreszcie przychodzi dzień rewizji w mieszkaniach. I tu cholerny pech, rozchorowuje się dwóch istotnych specjalistów policyjnych. Jest nas więc za mało i nie da rady przeprowadzić przeszukań równocześnie.

Decydujemy się na panią Marzenę, co to gra fałszywie: Nieciekawy narzeczony, kto wie czy były, włosy blond, pogrywanie w brydża.

Staramy się, w poszukiwaniu śladów, rozłożyć jej mieszkanie na atomy. Czekamy też do zmroku, by sprawdzić, czy naznaczone miejsca, nie fosforyzują ludzkim białkiem (taka trochę poufna metoda ujawniania śladów – powstrzymam się od szczegółów), choć przypomnę, iż białko to nieodzowny składnik na przykład – krwi.

Demolujemy chałupinę, demolujemy i … I nic istotnego. Poza naturalnymi miejscami , żadnych krwawych błysków. Panna Marzena, załamana stanem mieszkania i tym co sąsiedzi pomyślą.

My też załamani. No, może poza koleżanką, której w trakcie rewizji udało się namówić Marzenę na babską pogaduchę. – Jak to: Janusz się do niej przywalał, składał łóżkowe propozycje, namawiał do brydża na golaska.

To dla nas za mało. Zwłaszcza, że później, oficjalnie przesłuchiwana, w zasadzie wszystkiemu zaprzeczy, twierdząc, że trochę fantazjowała. Bezwzględnie trzeba Marzenę przycisnąć, wyprowadzić z równowagi, a „jak zgłupnie” zasypać pytaniami. Przecież dalej cholera coś ukrywa.

I tu następuje trzęsienie ziemi, niespotykane przecież w naszej szerokości geograficznej. Policjanci śledzący pana Jurka, zgłaszają przez radio, że do swojego warsztaciku jeździ rowerem przez pobliski lasek. Mało tego, jedzie dokładnie duktem, gdzie w pobliżu odkryliśmy ludzkie szczątki.

Z trudem wytrzymujemy do szóstej rano, by zacząć przeszukanie mieszkania naszego ślusarza. Wyobraźnia podpowiada, że to wreszcie koniec upierdliwego śledztwa i mamy sprawcę zabójstwa.

… Dupa. Nic nie mamy. Rewizja nic, ale to nic nie przynosi. Pan Jurek dalej opowiada, że denat i owszem był. Rozmawiali o poprawieniu krzywo domykającego się okna, umówili termin i pan Janusz wyszedł.

Już wieczór. Cały dzień grzebiemy w jurkowym mieszkaniu. Bałaganu narobiliśmy! Ciemnawo, nie ma jednak fosforyzujących śladów białka. Nie ma nic.

Gospodarz zmęczony, lecz wyluzowany. Rozmawiamy o majsterkowaniu, które jest też moją pasją.

Na małym stoliczku rozrzucone karty. Pan Jurek uwielbia stawiać pasjanse. Cóż, zbieramy się do wyjścia. Jeszcze, ku naszemu zdziwieniu, pożegnalna herbatka. Okazuje się, że gospodarz, jak i ja, pali fajkę. Siadamy więc obaj w skromnych fotelikach, nabijamy tytoń, a przed nami dwie półki wypełnione książkami. Cóż małe mieszkanko to i wszędzie blisko. Chłopaki pakują już manele, któryś chce do toalety. Pan Jurek idzie wyjąć czystą ścierkę do rąk. A ja patrzę na książki. Patrzę i … rany boskie. Kilka znam. Znam z domowej biblioteczki. Córka studiuje medycynę i znosi je do domu. Znam te grzbiety z napisem: „Chirurgia ogólna”. Przecież Jurek nie ma nic wspólnego ze sztuką chirurgii. Jest ślusarzem. Nikt z nim nie mieszka. Po co te książki?

Gdy wraca, pytam. I po raz pierwszy pan Jerzy nie jest przygotowany do odpowiedzi. Bredzi coś o zainteresowaniu techniką chirurgiczną, sprzętem medycznym. Może na to ustawi produkcję – Gdzie? Jaką produkcję? W tej małej podnajętej piwnicy, robiącej za warsztat.

Cofam chłopaków. Zaczynamy od początku. Ale tym razem do absolutnego spodu. Zrywamy fragmentami nowiutkie panele. Rozkręcamy syfon umywalki i zlewu. Odsuwamy meble, zawijamy dywany, grzebiemy w muszli sedesu.

I… I opłaciło się. Jest godzina do świtu, a od śladów ludzkiego białka, aż świeci po oczach. Ściągamy dodatkowego technika kryminalistycznego. W syfonie odpływu wanny, znajdujemy całe kępy przypuszczalnie pokrwawionych włosów. Oczywiście, nie mamy żadnej pewności, że to krew naszego denata, ale i tak coś się tu okrutnego działo. Krwi świecącej fluorescencyjnym odblaskiem całe kałuże. Głównie na betonowej wylewce pokrytej wymienionymi płytami paneli podłogowych. Widać przeciekła przez szczeliny poprzedniej podłogi. W załomku rury spustowej sedesu nieregularna plama tkanki.

Gospodarz jest coraz bardziej zdenerwowany. Ma świadomość, że jeszcze nie wiemy, czyja to krew. Opowiada o swoich licznych skaleczeniach, naturalnych przecież w jego zawodzie.

Kończymy rankiem, grubo po dziewiątej. Mieszkanie plombujemy, a gospodarza skutego kajdankami, zabieramy ze sobą.

Milczy całą drogę. My też. Ciekawe o czym myśli, bo my gorączkowo szukamy motywu zbrodni. Jeżeli to ślady po zabójstwie, a na to wygląda. To co zaszło między nimi? Dlaczego zdecydował się na tak drastyczne postępowanie? Nie jest degeneratem. Nie wygląda. Jak go podejść, żeby powiedział prawdę?

Prokurator, który już dowiedział się o naszych odkryciach, też jedzie do komendy. Chce sam przesłuchać ślusarza. Zaakceptować zatrzymanie. Może wystąpić do sądu o areszt?

Potrzebujemy czasu na zbadanie, porównanie zebranych śladów. Potwierdzenie, czy należą do denata. Bo jeżeli tak, to pan Jurek, może milczeć do grobowej deski i tak dostanie zarzut zabójstwa. Chyba, że powie o kimś jeszcze. O kimś kogo, póki co, nie ma w naszej bajce. A może już jest?

I oczywiście konsekwentnie milczy. Nie odpowiada prokuratorowi na żadne pytanie. Może rzeczywiście kogoś osłania. Chociaż pod sam koniec przesłuchania wyszeptuje, że chce zobaczyć oficjalne wyniki badań biologicznych. Chce widzieć, że my wiemy, iż to krew Janusza L.

Kombinujemy, by pokazać mu podrobione wyniki i zobaczyć reakcję. Prokurator na to nie idzie. Kalkuluje, że w trakcie rozprawy sądowej, mistyfikacja wypłynie i może osłabić wymowę rzeczywistych dowodów z opinii biegłych.

Musimy czekać. Pewnych procesów biochemicznych nie da się przyspieszyć. Spokojnie. Sąd i tak już zdecydował się na aresztowanie ślusarza. Myślimy, że przez to milczenie. Sąd, tak jak, my przypuszcza, że albo on jest zabójcą, albo zabójcę osłania. Oba czyny zagrożone są wysokimi karami.

Jesteśmy już cholernie znużeni kombinowaniem, co było motywem. Co z tym blond włosem. Jeszcze usiłujemy sprowokować Jerzego do zeznań, może zwierzeń. Bezskutecznie. Czekamy.

Odbieram wreszcie telefon. Ten telefon! I już wiem! Po godzinie docierają oficjalne dokumenty opinii biegłych. Ze wszystkimi stemplami, formułami, podpisami. Są wyniki.

To nie był…

cdn.

 T. N.

część trzecia: www.msp-blog.pl/piaty-do-brydza-cz-3

zdjęcie: freedigitalphotos.net

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>