MSP-BLOG

Piąty do brydża

ID-10055112Cóż, tu dużo gadać, po prostu szukali dyskretnego miejsca, by się kochać. Warszawski lasek bielański wydawał się więc idealny. Cicho, spokojnie, ustronnie. Podjechali autobusem dwa przystanki. I objęci, wtuleni w siebie, wypatrywali kawałka zacienionej, miękkiej trawy. Tuż przy piaszczystej, chyba rzadko uczęszczanej ścieżce, znaleźli miejsce wprost wymarzone. Trzeba było tylko uprzątnąć dwie foliowe torby ze śmieciami, psujące cały wdzięk natury.

Chłopak szybkim ruchem zgarnął torby, już miał się zamachnąć, by je odrzucić jak najdalej, gdy przegniłe pękły. Na trawę wypadły… ludzkie ręce, równiutko ucięte w stawach łokciowych. Blade, pomarszczone dłonie i strzępy różowo-niebieskich włókien zwisających w miejscu łokci. Bielejące kawałki kości. Dziewczyna omdlała. Chłopak wymiotując wystukał w telefonie: „112”. A miało być tak pięknie.

U nas również. Właśnie sekcja wydziału zabójstw kończyła dobowy dyżur, gdy operatorka przez radio wywołała znajomy kryptonim. Opisała zdarzenie, podała miejsce. I przeszczęśliwi jechaliśmy na miejsce, zabierając po drodze technika kryminalistycznego. Operatorka wezwała też przewodnika z psem szukającym zwłok. I z przezorności powiadomiła obsługę georadaru. Co później okazało się przyczyną zamieszania.

Technik fotografował. Koleżanka przesłuchiwała parę niedoszłych kochanków. A my, by nie zadeptywać miejsca, czekaliśmy, czy pies policyjny nie wywęszy jeszcze czegoś.

No i wywęszył. Dwa duże pakunki ukryte w krzakach. Solidnie owinięte papierem, przewiązane sznurkiem. A w paczkach, jak to w paczkach… Dwie ludzkie nogi, ucięte na wysokości stawów biodrowych, ze strzępami włókien i kości.

I się zaczęło. Ściągnęliśmy posiłki. Umownie podzieliliśmy zagajnik na sektory. I do zmroku pięćdziesięciu ludzi przeszukiwało metr po metrze. Efekt poszukiwań – mizerny. Kilka prezerwatyw, dwie pary damskich fig i tyle. Majtek nie wiązaliśmy ze znalezionymi szczątkami, bo przybyły na miejsce lekarz z całą pewnością orzekł, że posiadaczem rąk i nóg był mężczyzna. Zresztą widzieliśmy raczej męskie owłosienie. Na jednym z palców u rąk przebarwienie, najprawdopodobniej po obrączce. A na nadgarstku delikatny ślad po zegarku.

Czy więc był to rabunek. Odrzucamy tę wersję. Już nie te czasy, by w tak okrutny sposób zabijać dla obrączki i zegarka. Raczej ktoś nie chciał pozostawić niczego co może pomóc w identyfikacji zwłok.

Od świtu zwiększamy obszar poszukiwań. Dojechał też wreszcie fachowiec z georadarem. Georadar to stosunkowo sprytne urządzenie. Emituje fale w głąb ziemi. I na ekranie jego czytnika pojawia się odwzorowanie naturalnego układu warstw gleby. Gdy urządzenie natrafia na anomalię, odzywa się brzęczyk. Na tej podstawie można odnaleźć miejsce, w którym kopano, zakopywano. Po prostu przemieszczano ziemię.

Niestety. Kilka godzin pracy georadaru nic nie przyniosło. Już zaczęliśmy zastanawiać się, czy nie był to błąd w rozumowaniu. Bo, skoro ktoś porzuca jedne pakunki, to czemu inne ma zakopywać.

Jednak nie. W miejscu, w którym poprzedniego dnia pies węszył, skomlał, aż w końcu nasikał, a przewodnik zrugał go, jak burą sukę, brzęczyk georadaru oszalał. Sygnalizował anomalię w warstwach ziemi. Na czytniku plątanina kresek. Coś było zakopane!

Po ostrożnym usuwaniu ziemi, pojawił się czarny, foliowy worek. W trakcie próby wydobycia, rozpadł się dokumentnie. A ze środka wypadały po kolei kości i nieregularne fragmenty tkanek. Kości szare, dziwnie drobne. Tkanka odwodniona przypominała przegniły zamsz.

Przeszukiwaliśmy lasek jeszcze dwa dni, bez oczekiwanego rezultatu. W tym samym czasie w policyjnym laboratorium trwała „obróbka” tego co już mieliśmy. I w sumie stosunkowo szybko było jasne, że pierwotny posiadacz rąk i nóg to ten sam mężczyzna. Udało się też wyodrębnić jego DNA. Patolodzy określili wiek mężczyzny na 40-45 lat. Wzrost na około 178 centymetrów, wagę zaś na około 80-85 kilogramów. Lekarze doszli też do wniosku, że raczej nie zajmował się pracą fizyczną, a jego podstawowe obuwie, to półbuty. Przypuszczalnie był szatynem. Nie uprawiał żadnego sportu siłowego. Chyba raczej więcej jeździł na dłuższych dystansach, niźli chodził. Z tym, że nie poruszał się również rowerem. Pozostaje więc zapewne samochód. Czas zgonu był prawie zbieżny z ćwiartowaniem zwłok. A cięć dokonała osoba niezwykle biegła w tego typu zajęciu.

– Cholera, tak może tylko chirurg – podsumował zdumiony patolog. Lekarze byli też pewni, że szczątki przed zapakowaniem i porzuceniem, były poddane schłodzeniu. Czas zgonu z dużym marginesem tolerancji określili na 4 do 6 tygodni. A szczątki wykopane z ziemi, okazały się zwłokami… psa. W dodatku raczej pogrzebanego żywcem.

– Cholera, im dłużej robię w tym fachu, tym trudniej mi o miłość bliźniego. Nie ważne.

Ciekawostkę przyniósł też papier pakowy, którym owinięte zostały nogi, choć nie udało się na nim odnaleźć żadnych identyfikowalnych linii papilarnych, to biolodzy wyłuskali pojedynczy włos. Ze zdziwieniem potwierdzili, że nie należy do denata. Jest włosem kobiety. Naturalnej szatynki, przefarbowanej na ostry blond. Musiała być w wieku między 25 a 30 rokiem życia. I jak okazało się w trakcie późniejszych badań, nie była w żadnym stopniu krewną denata.

Tyle i aż tyle – naukowcy. Tylko co dalej? Cóż, dalej rutyna. Z rozpytywania „życzliwych” nam bandytów nic nie wychodziło. Nie kojarzyli tej „roboty”. A jeżeli oni nie wiedzieli – znaczyło, że poważni „ludzie z miasta” takiego zabójstwa nie zlecili.

 Trzeba więc było zająć się cholernie żmudnym dopasowywaniem zaginionych mężczyzn do „naszych” szczątków. Wyznaczniki stanowiły tu ustalenia patologów. Kierując się logiką, która podpowiadała, że kłopotem sprawcy było pozbycie się zwłok, a więc i ich transport. Zaczęliśmy porównywać zaginionych mężczyzn z obszaru Warszawy. W dwóch, a może trzech przypadkach, wydawało się, że ustaliliśmy osobę. Jednak po porównaniu DNA – odpadły. Postanawiamy poszerzyć porównywanie zaginionych o tych zgłoszonych z całego województwa.

W laboratorium kryminalistycznym biolodzy bliscy byli załamania. Każdy wytypowany mężczyzna to osobna, wcale nie prosta, robota. Załamaliby się na amen. Gdy…

W tym samym lasku. Mało tego, na tej samej przepatrzonej polance, zbieracze butelek znaleźli pakunek. Starannie zawinięty w papier, obwiązany sznurkiem. A w środku… Profesjonalnie wypreparowane ludzkie: płuca, serce, jelita i jakaś mazia tkanek.

 – Bawi się z nami – pomyśleliśmy jednocześnie – przecież cała okolica musiała widzieć nasze działania. Choć umówiliśmy się z prokuraturą, że niczego nie publikujemy. – Może nie wie? A może odwrotnie, prowokuje. Tego nie lubi żadna policja na świecie.

Wysyłamy informacje do wszystkich jednostek w kraju. Podajemy szczegóły. I czekamy wertując te zaginięcia, które już sami wybraliśmy. Żmudna, nudna robota.

I pewnego popołudnia odbieram telefon z komendy miejskiej w Gdańsku:

– Słuchaj, musimy pogadać – mówi, tamtejszy naczelnik. Jadę do ciebie. Jeżeli się potwierdzi, że to nasz zaginiony, będę miał piekło!

T. N.

część druga: www.msp-blog.pl/piaty-do-brydza-cz-2

zdjęcie: freedigitalphotos

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>